Takie tam... ku poskładaniu siebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Brudna seksem.

Mam jakiś problem z seksem. Samym w sobie i swoją seksualnością, erotyzmem...

Nie wiem skąd to się wzięło, ale jak tak analizuję swoje życie w tym zakresie widzę masę uchybień i patologii. Boli mnie to jak cholera, bo jestem (jeszcze!) młoda a już widzę jak to będzie w przyszłości... Będę niczym zakonnica... jeśli moje podejście do siebie się nie zmieni. Wykluczę seks z swojego życia. Bo tak łatwiej, tak mniej rani.

W domu seks był tabu. Nie mówiło się, nawet nie wolno było myśleć. Sceny erotyczne w filmach były przełączane, dojrzewanie dziewczynek potraktowane po macoszemu, cicho, bezwiednie, jakby się nic nie stało, nigdy nie wydarzyło. A co tam jakiś pierwszy stanik czy pierwsze podpaski. Zdarzyło się - przejdźmy do porządku dziennego. Nie jak na filmach - robione z tego halo, bo z dziecka stajesz się kobietką.

A potem w podstawówce wyśmiewanie, że się ma zaczątki biustu. Pamiętam chłopaczka ze świetlicy. Śmiał się, że sobie bułki pod bluzkę wsadziłam, ciągnął mnie za ubranie chcąc podejrzeć. Teraz można powiedzieć - ot marne te jego podchody były. Ale wtedy to bolało. Bardzo. Tym bardziej, że w klasie jak byłaś deska z przodu i z tyłu, to byłaś szanowana i lubiana. Dojrzewająca dziewczynka była fe. Chłopaki śmiali się, że mam biust... za nisko??? Nie wiem do dziś co znaczyły niektóre ich gesty, ale odebrałam to jakobym posiadała opadający biust. I do dziś tak myślę choć zdjęcia z czasów kiedy miałam 20 lat wskazują na coś zupełnie innego.

Nikomu o tych szkolnych utarczkach nie mówiłam. W domu, matce? A w życiu! Wstyd i hańba! Ojcu? Jeszcze większy wstyd, a siostra wyśmiewała wszelkie moje problemy. Zostawałam z tym sama, dusiłam w sobie i tak oto wzięły się moje pierwsze kłopoty ze swoją seksualnością.

Nienawidziłam okresu. Męka pańska. Smutny obowiązek i hamulec dla normalnego życia te 7 dni w miesiącu. To był horror. Żałowałam, że dojrzewam, bo nikt w otoczeniu ani ja sama się z tego nie cieszył.

Teraz wiem, że moja mama wciąż chciała mieć we mnie malutką dzidzię, którą można by było się opiekować. Nie chciała uwierzyć w to, że dojrzewam i już takiej opieki nie potrzebuję. Nawet teraz czuję to w jej wypowiedziach czy niektórych zachowaniach. Ojca odsunęła ode mnie, chyba ze względu na patologię, z którą się zetknęła w robocie.

Nie lubiłam swojej pochwy. Bo dawała okres i przez to same problemy. Bo przez ten tydzień (tak!) trzeba było bardziej uważać by plamy na tyłku nie było. A poza tym to wciaż mi przypominało, ze jestem dziewczyną. A był okres, że wolałabym być chłopcem...

Pierwszy chłopak docenił moją kobiecość, ale nie na długo. Skrzywdził mnie mentalnie więc zamknęłam się w skorupę. Potem kolejni chcieli już tylko mojego ciała,a nie duszy, więc zaczęłam traktować swoją seksualność i atrakcyjność fizyczną bardzo prosto. Że to jedyne co się mężczyznom we mnie podoba. Fajna dupa, ale głupia jak but.Zero szacunku do samej siebie.

Ciąża i poród jeszcze bardziej mnie zepsuły. Ciąża bo z problemami. Ciało nie dawało rady wysiłkowi, jakie ze sobą niosło posiadane w sobie małego człowieczka. Znów gdzieś to moje bycie kobietą poniosło klęskę. Poród zmienił mnie nie do poznania.

Obecnie jestem na etapie nienawidzenia swojej pochwy. I pomimo, że fizjologicznie jest OK, wygląd ma nieciekawy.

16 lat zajęła mi akceptacja własnej pochwy, a jeden poród zaprzepaścił całą ta pracę. Będąc w ciąży miałam po raz pierwszy taki dzień, że widząc ją w lusterku mogłam powiedzieć - ładna jestem i mam ładną, fajną pochwę. Teraz nie wyduszę tych słów.

Żaden facet nigdy mi nie powiedział ani nie dał żadnych znaków, że coś z moim kroczem może być nie tak. Nie śmiali się ani z jego wyglądu ani funkcjonalności... a mimo tego go nie akceptowałam i nie akceptuję.

Poród zepsuł mnie. Fizycznie źle ze mną nie jest. Prawie nie widać, ze byłam kiedykolwiek w ciąży, troszkę może brzuch odstaje, ale to kwestia wyćwiczenia, tyle. A jednak we mnie jest mocny ślad.

Nie uprawiam seksu jeśli moje hormony nie szaleją. Mógłby dla mnie nie istnieć. Boli mnie to, że czasem mam ochotę na faceta. Wiem, że nie powinnam. Bo jestem brzydka, a brzydcy ludzie nie powinni w ogóle mieć takich potrzeb. Boże, jakie to durne! Aż tak jestem skrzywiona.

Seks jako coś nadludzkiego, pięknego jest zarezerwowany dla tych lepszych, ładniejszych, mądrzejszych, wspanialszych, a nie dla takiej mnie. Ja nie mam prawa. Wstydzę się siebie gdy mam ochotę. Wstydzę się masturbacji, śmielszych pieszczot, nie mogę sobie potem spojrzeć w oczy w lustrze. Że ja to robiłam? Ja??

Być może mam w sobie wciąż obraz tej małej dziewczynki, która nigdy nie dojrzała. Małe dziewczynki przecież nie uprawiają seksu! Nie mogą! To jest brudne i tylko dla dorosłych, a ja to robię. Fe! Nieładnie!

Więc wolę tego nie robić, by nie mieć wyrzutów sumienia. Żeby nie bolało to jakieś takie wewnętrzne rozbicie, niespójność. Niby matka, kochanka, a jednak wciąż mała dziewczynka, która tylko bawi się seksem. I z tych zabaw narodziło się dziecko. Czasem czuję się jak dziecko, które ma dziecko.

Mentalnie nie dorosłam do bycia kobietą, już nie mówię do bycia matką, kochanką. Nie godziłam się na to świadomie. Stało się, muszę się teraz poskładać. Żeby to zrobić najpierw muszę poskładać się jako istota erotyczna, która akceptuje swoją seksualność, swoje potrzeby, swoją budowę ciała.

Dopiero wtedy będę czuła się dobrą matką, kochanką, kobietą....

Żebym tylko nie skrzywdziła swojej córki w przyszłości. Już wiem chociaż czego nie robić, by i ona nie miała takich problemów z jakimi ja się borykam.


piątek, 17 stycznia 2014, rozbita
Rozbita

Polecane wpisy